Josif Brodski

poezja mniej znana, prominencja przed progiem klasyki, laureaci, użytkownicy nie publikują tu swoich utworów, dzial bez komentarzy

Moderator: andreas43

m_r
Posty: 532
Rejestracja: 2006-08-12, 21:07
Kontakt:

Josif Brodski

Post autor: m_r »

***


Zawsze twierdzi³em, ¿e los to z³y kawa³.
Ze po co ryba, je¿eli jest kawior.
Ze z wszystkich stylów ostanie siê gotyk,
Bo, stercz±c, nie nara¿a na k³uj±cy dotyk.
Siedzê przy oknie. Klony za nim mokn±.
Kocha³em ludzi niewielu. Lecz mocno.


S±dzi³em, ¿e od lasu wieksze jest polano.
Â?e po co ca³e dziewcze, skoro jest kolano.
Â?e, zaprószone py³em spod kopyt historii,
Oko Rosji odpocznie na cyplach Estonii.
Siedzê przy oknie. Umy³em naczynia.
Szczê¶cie ju¿ siê skoñczy³o. Nic siê nie zaczyna.


Pisa³em, ¿e w ¿arówce widaæ mêki p³ciowe.
Â?e akt mi³osny winien stworzyæ w³asn± mowê.
Â?e, wbrew Euklidesowi, gdy co¶ zwê¿ê w sto¿ek,
Nie tyle z tego zero, ile Chronos stworzê.
Siedzê przy oknie. Wspominam dni m³ode.
To siê u¶miechnê, to znów splunê na pod³ogê.


Mówi³em, ¿e li¶æ ka¿dy – to p±czka zniszczenie.
Â?e w niew³a¶ciw± glebê upad³szy, nasienie
Nie puszcza pêdu: tote¿ ³±ka czy polana
¦wiadczy, ¿e siê Przyrodzie zdarzy³ grzech Onana.
Siedzê przy oknie, zaciskaj±c wargi.
Cieñ, mój towarzysz, na ¶cianie siê garbi.

Pie¶ni mojej motywu brakowa³o. Ale
Nie na chór jest pisana. Nie dziwiê siê wcale,
Â?e mi w nagrodê za takie podarki
Nikt nó¿ek swoich nie k³adzie na barki.
Siedzê przy oknie; morze, stary raptus
Grzmi za storami i za ¶wistem wiatru.


Znaj±c nasze do¶æ nieskogatunkowe czasy,
Przybijam dumny stempel „ towar drugiej klasy”
Na swe najlepsze my¶li; i niech jutro m³ode
Przyjmnie te do¶wiadczenia z walk o ka¿dy oddech.
Siedzê w ciemno¶ci. I nie gorsza pewno
Ciemno¶æ w pokoju, ni¿ ciemno¶æ na zewn±trz.


Stanis³aw Barañczak



PIOSENKA


Szkoda, ¿e ciê tu nie ma,
szkoda, kochanie.
Siedzia³aby¶ na sofie,
ja – na dywanie.
Chustka by³aby twoja,
moja – kapiaca ³za.
Albo mo¿e na odwrót:
p³acz – ty, pociecha – ja.


Szkoda, ¿e ciê tu nie ma,
szkoda, kochanie,
Prowadz±c wóz, d³oñ k³ad³bym
na twym kolanie,
udaj±c, ¿e je myle
z d¼wigni±, gdy zmieniam bieg.
Wabi³by nas nieznany
lub w³a¶nie znany brzeg.


Szkoda, ¿e ciê tu nie ma,
szkoda, kochanie.
Srebrny ksiê¿yc na czarnym
nieba ekranie
na przekór astronomom
oddawa³bym co noc
za ¿eton na automat,
by us³yszeæ twój g³os.

Szkoda, ¿e ciê tu nie ma,
na tej pó³kuli –
myslê, siedz±c na ganku
w letniej koszuli
i z puszk± Heinekena.
Zmierzch. Krzyk mew. Li¶ci szmer.
Co za zysk z zapomnienia,
je¶li tu¿ po nim – smieræ?


Stanis³aw Barañczak


PIOSENKA MIÂ?OSNA

Gdyby¶ tonê³a, wyrwa³bym ciê z topieli,
Owin±³ w koc i w gard³o wla³ flaszkê sherry.
Gdyby¶ by³a z³oczyñc±, ja bym ciê w celi
Trzyma³ pod kluczem jako miejscowy szeryf.


Gdyby¶ by³a s³owikiem, ka¿d± tw± nutê
Nagrywa³bym i s³ucha³, pij±c do lustra.
Gdybym by³ plutonowym, z tob± – rekrutem
Nada³bym ca³kiem nowy sens s³owu „musztra”.


Gdyby¶ ¿y³a w Pekinie, co dzieñ na gzymsie
Pagody wypisywa³bym chiñskie zdanie
„ Kocham ciê „. Gdyby¶ by³a lustrem, wci±¿ bym siê
pudrowa³ w toaletach z napisem „PANIE”.

Gdyby¶ chcia³a mieæ wulkan, ja bym przed gankiem
Tryska³ law± bez tchu i opamiêtania.
Gdyby¶ by³a mi ¿on±, twoim kochankiem
By³bym, bowiem rozwodów Ko¶ció³ zabrania.


Stanis³aw Barañczak
hoko

Post autor: hoko »

***

Gdy już po wszystkich była egzaminach,
wspomniała mu, że mógłby wpaść wieczorem.
Była sobota i ciasno tkwił korek
w szyjce butelki czerwonego wina.
Deszcz padał, kiedy wstał niedzielny ranek
i gość na palcach przez skrzypiący parkiet
przepłynąwszy, cicho ściągnął marynarkę
z gwoździa wbitego chybotliwie w ścianę.

Wzięła ze stołu szklankę i przełknęła
resztkę herbaty wystygłą i burą.
Mieszkanie spało, świtała niedziela,
leżała w wannie czując całą skórą
dno obłuszczone. Wcześnie jeszcze było,
pachnąca mydłem pustka nieodparta
pełzła w nią poprzez jeszcze jeden wyłom,
co się otwierał na poznanie świata.

Palce, którymi przymykał drzwi sieni
były - aż wzdrygnął się - czymś zabrudzone.
Kiedy dłoń chował w kieszeń, parę monet -
reszta za wino - brzęknęła w kieszeni.
Aleja pusta była, chodnik przemókł
od wody z rynien dzwoniących o ścianę.
Przypomniał sobie gwóźdź i tynk spękany
i z opuchniętych warg, nie wiedzieć czemu,
wyrwał się brzydki wyraz. Patrząc w pusty
świt poczerwieniał postępkiem głupawym
własnych ust. Tak się sam zdziwił, że wrósłby
w grunt, gdyby właśnie tramwaj się nie zjawił.

Później w pokoju swym składał wzdłuż kantów
spodnie, nie patrząc na trącący potem
klucz pasujący do tak wielu zamków,
a tak wstrząśnięty swym pierwszym obrotem.

Część mowy

***

Znikąd z miłością, nastego lipcopada roku…,
drogi szanowny kochana, zresztą to się nie liczy,
nieważne kto, bo sam diabeł, szczerze mówiąc, z mroku
nie wydobędzie już twarzy, nie twój, lecz i niczyj
wierny przyjaciel pozdrawia serdecznie z jednego
spośród pięciu kontynentów, tego co się wspiera
na kowbojach, kochałem cię bardziej niż raj i Samego,
więc dalej mi do ciebie niż do nich jest teraz,
dziś, późną nocą, w uśpionej dolinie, na dnie,
w miasteczku, które śnieg po klamki zawiał,
w ciemnościach skręcam się na prześcieradle
(jak nie wspomniano niżej zamknąć nawias) –
i za morzem bez końca nie potrafiąc usnąć,
mamroczącym zaimkiem „ty” próbuję wzruszyć
poduszkę, kiedy ciało, obłąkane lustro,
zarys postaci twojej chce powtórzyć.


***

Mróz Północy gnie metal, lecz oszczędza szkło.
Uczy krtań pierwszego słowa: „wpuśćcie”.
Mróz wychował mnie i włożył pióro w dłoń:
palce ziębną, gdy garście są puste.

Marznąc, widzę, jak za morza trzy
zmierza słońce. Nikogo dokoła.
Czy to obcas się po lodzie ślizga, czy
Pod obcasem ziemia zbyt okrągła?

I w mej krtani, gdzie mieścił się śmiech
i herbata, i piosenka rzewna,
coraz jaśniej rozlega się śnieg
I czernieje, jak Amundsen, „żegnaj”.


***

Poznaję ten wiatr, który z pierwszego natarcia
kładzie pokotem trawę jak jazda tatarska.
Poznaję liść, co pada w przydrożną kałużę
jak książę skąpany w purpurze.
Ociekając strzał pękiem z kosego policzka
drewnianej chaty w obcych okolicach,
jak dziką gęś po locie, jesień w okiennym szkle
poznaje po twarzy łzę.
I, wzrok w nocy wbijając w powałę,
śpiewam nie słowo o pułku numer zapomniałem,
Ale kazachskie imię trąca mój język oporny,
jak jarłyk, który daje wstęp do Ordy.


***


Spis spostrzeżeń. W kącie jest ciepło.
Wzrok naznacza piętnem każdy obiekt.
Woda jest to szkło, tylko ciekłe.
Od szkieletu straszniejszy jest człowiek.

Wieczór zimą, gdzieś nigdzie. Parter
w gęstwie wiklin. Picie wina bez słowa.
Ciało leży, na łokciu wsparte,
jak morena polodowcowa.

Za lat tysiąc ktoś tu skamieniałą
muszlę znajdzie – z firanki wzorem
i odciskiem ust, co nie miały
komu rzec „dobranoc” wieczorem.


***


Obcas zostawia ślady – więc zima, wiadomo.
Ubrane tylko w drzewa, pośród płaskiej bieli
po przechodniach poznają się zmarznięte domy.
Cóż rzec wieczorem o tym, co będzie, jeżeli
wśród nocnej ciszy nagle przypomniane
ciepło twoich – trzykropek – gdyś zapadła w sen,
ciało odrzuca od duszy na ścianę
tak jak rzucany na tę ścianę cień
krzesła wieczorem, kiedy świeca płonie,
i, nad wieżami silosów, pod niebem
zwisającym jak obrus, splamionego przez skrzydła gawronie
powietrza nie wybielisz kłującym w oczy śniegiem.


***

Drzewo, Laokoon sękaty, zrzuca z siebie na chwilę głaz
odległej góry i chmurę bierze na barki. Słona
bryza wieje w porywach od strony przylądka. Głos
przechodząc w falset, na nitkę sensu nawleka słowa.
Skręcone sznury deszczu, który znienacka lunął,
chłoszczą wzgórz plecy: łopatki kąpiących się w łaźni.
Gdzieś Morze ÂŚródzimowe trąca ogryzki kolumnad,
jak słony język, który zza zębów wybitych wyłazi.
Serce, chociaż zdziczałe, wciąż jeszcze bije za dwoje,
w ciało się kryjąc jak bażant w bruzdę lub mysz pod miotłę.
Za dniem dzisiejszym jutro nieruchomo stoi,
jak orzeczenie stoi za podmiotem.


***

Urodziłem się i wyrosłem wśród błot nadbałtyckich, palami
biegnących w morze, skąd fale, szare jak cynk, parami
napływały; i stąd wszystkie rymy, stąd ten spłowiały głos,
który się między nimi wije jak mokry włos –
jeśli w ogóle się wije. Spocząwszy na plaży tych wierszy,
muszla ucha dosłyszy w nich nie grzmot złowieszczy,
ale klaskanie płótna, okiennic, dłoni, czajnik
kipiący na maszynce, maksimum – skwir rozkrzyczanych
mew. W tych płaskich krainach to właśnie chroni przed fałszem
serce, że nie ma gdzie się skryć i że widoki dalsze.
Tylko dźwiękom rozległa dal się nie uśmiecha:
oko się nie poskarży na brak echa.


***

Co się tyczy gwiazd, to one zawsze.
To znaczy – jeśli jedna, to zaraz i druga.
Bo też tylko tak można stamtąd tutaj patrzeć –
wieczorem, po ósmej – i mrugać.
Niebo wygląda bez nich lepiej. Choć wiadomo,
że lepiej jest podbijać kosmos, gdy się znajdzie
jakaś. Ale podbijać właśnie nieruchomo,
siedząc w fotelu, na pustej werandzie.
Jak powiedział raz, twarz do połowy
w cień chowając, pilot pewnej rakiety,
o życiu na nich najwyraźniej nie ma mowy,
a zatrzymać na nich wzroku nie ma kiedy.


***

W miasteczku, skąd śmierć pełzła na szkolnych atlasów karty,
bruki błyszczą jak łuska wigilijnych karpi,
na stuletnim kasztanie topnieją pękate świece,
a lew z lanego żelaza wspomina oracje i wiece.
Poprzez muślin firanki, wyblakły i sprany,
przesiąkają goździków niezagojone rany;
w dali wskazówka kirchy, a za nią tramwaj dzwoni
jak wtedy, ale nikt już nie wsiada dziś przy stadionie.
Prawdziwy koniec wojny – to na oparcie krzesełka
wiedeńskiego rzucona pewnej blondynki sukienka
i skrzydlaty lot kuli, co, brzęcząc srebrzyście,
w środku lipca unosi na południe życie.

Monachium

***

W pobliżu oceanu, przy świetle świecy; w ramie
pól, kipiących od lucern, szczawiów i koniczyn.
Wieczorem ciału, jak Sziwie, wyrasta mnóstwo ramion,
wyciągniętych ku lubej a wypełnionych niczym.
Sowa zapada w trawę, wpija się w ciałko mysie,
z niewiadomych powodów poskrzypują krokwie.
W drewnianym mieście twardszy jest sen, bowiem śni się
tylko to, co zdarzyło się już wielokrotnie.
Czuć zapach świeżej ryby, profil krzesła przykrył
pół ściany, muślinowa firanka w bryzie chłodnej
wzdyma się sennie; i księżyc podciąga promieniem przypływ
jak zsuwającą się kołdrę.


***


Nie pamiętasz tej wsi, zawieruszonej w błotach
zalesionej guberni, gdzie strachów na wróble w ogrodach
nikt jak świat światem nie stawia, bo tylko tam trawa olbrzymia,
a na drodze wyboje, doły i faszyna.
Babie Nastii pewnikiem się zmarło, Piestieriew też chyba w grobie,
a jeśli żyje, w piwnicy gorzałkę teraz żłopie
albo z naszego łóżka coś tam majstruje, sierota,
rzekomo furtkę jakąś czy tam inne wrota.
A zimą drwa tam się rąbie i nic prócz rzepy się nie je,
i mruga od dymu gwiazda w mroźnym niebie.
I nie panna w perkalikach w okienku, lecz święto pyłu
i puste miejsce tam, gdzie nasz miłość była.


***

Cichotworzenie moje, moje nieme
stworzenie pociągowe, ciągłe – w jaką stronę,
powiedz, mamy się zwrócić ze swoim istnieniem,
komu poskarżyć się na jarzmo i postronek?
To tak jakby, dostrzegłszy w nocy za portierą
księżyc, przy świetle zapałki, w pośpiechu
własnoręcznie strzepywać na kartkę papieru
obłąkany pył jego żółtego uśmiechu.
Tę pisaninę, gęstszą od miodu lecz ciekłą,
jak chcesz rozmazuj, ale z kim w potrzebie
przełamać w łokciu i w kolanie cienką
odciętą kromkę, moje cichotworzenie?


***

ÂŚwit granatowy spoza oszroniałych okien
każe wspomnieć ulicę z jej porannym mrokiem,
latarnie, lód chodników, zaspy, na śniegu tropy
wydeptane, tłok w szatni na wschodnim krańcu Europy.
Workowaty garnitur wciąż Hannibalem tam dręczy,
potem spod pach na WF-ie czuć gimnastyczne poręcze;
co do czarnej tablicy, od której przejmuje dreszcz,
w dalszym ciągu jest czarna. Po drugiej stronie też.
Srebrny szron przeobraził brzęczenie dzwonka w kryształ.
Natomiast w kwestii linii równoległych wszystko
okazało się prawdą, oblekło w kościste ciało;
i nie chce mi się wstawać. Nigdy się nie chciało.


***

Skraj ziemi, z punktu widzenia powietrza,
jest wszędzie: to wizja nie obca
stopie, która tam wszędzie, gdzie ziemi powierzchnia
rozciąga się wokoło, odciska swój obcas.
Podobnie oko, ledwie rozejrzy się krąg,
plony z pól wszystkich niby sierpem zbiera:
suma drobnych składników przy zmianie miejsc i stron
niepoznawalna jest bardziej od zera.
I, tak jak cień gawrona po parkanie krzywym,
prześlizguje się uśmiech, powściągając róż
dzikich zarośla, ale wiciokrzewem
krzycząc bez otwierania ust.


***

Las łysiejący, przymrozek, październik,
niebo o barwie szarej jak eternit.
W dzień nieparzysty wychodząc na taki chłód, aż się kurczysz
i zaokrąglasz datę do soczystego „och, kurrczę…”
Nie jesteś ptakiem, by móc stąd ulecieć:
w poszukiwaniach miłej cały przecież
zjechałeś wszechświat i nie masz gdzie skłonić
głowy, bo już brakuje dalszych stron i stronic.
Przezimujemy tutaj, za czarnej okładki płotem,
przenikanym z tej strony wzrokiem, a z zewnątrz – chłodem,
przezimujemy, piórem rozszczepiając niby siekierą
słowa, w sągi składając literę za literą.


***


Zawsze zostaje ta możliwość: z wnętrza
wyjść na ulicę, której perspektywa wietrzna
i brązowa ukoi twój wzrok szeregami
drzwi i drzew, blaskiem kałuż, samym maszerowaniem.
Ostatki włosów mierzwi lekkiego wiatru cwał,
w dali ulica zwęża się w literę V,
jak twarz ku podbródkowi, i szczekający terier
wylatuje z podsienia jak zmięta w kłąb papeteria.
Ulica. Domy. Choć wszystkie podobne,
niektóre lepsze: więcej rzeczy na wystawie,
no i chociażby to, że gdy popadniesz w obłęd,
to w każdym razie w nich się to nie stanie.


***


Tak więc, jest coraz lepiej. Pamięć jak widok z miedzy:
najpierw się widzi kąkol, potem – pszenicę bujną.
Można by rzec, że sieją już na Południu farmerzy
sorgo – gdyby pamiętać, gdzie jest właściwie Północ.
Coraz gorętszą ziemię czuje pod nóżką gawron;
woń tarcic, świeżej smoły. I gdy się oczy szczelnie
przymknie przed blaskiem słońca, z wyrazistością nagłą
widzi się urzędnika przypudrowaną szczękę,
korytarz, bieganinę, miskę, gdzie myje ręce
ktoś w kapeluszu, chmurnie ściągający brwi,
i kogoś z błyskiem flesza, nie nam robiącego zdjęcie,
lecz sflaczałemu ciału i kałuży krwi.


***

Jeśli co śpiewać, to wiatr, kiedy zmienia się z zachodniego
na wschodni i kiedy gałąź razem z ciężarem śniegu
przemieszcza się w lewą stronę z poskrzypywaniem markotnym,
a kaszel twój nad równiną leci ku lasom Dakoty.
W południe można z dwururki wypalić w to, co się kuli
w bruździe na kształt zająca, pozwalając w ten sposób kuli
powiększyć dystans między piórem, ten wiersz koślawy
zapisującym powoli, a tym, co zostawia ślady
w polu. Czasami ręka łączy się w całość z głową
nie po to, aby stworzyć nową linijkę czy słowo,
lecz aby pod głos własny, pełen wadliwych akcentów,
podstawić ucho, zupełnie jak centaur.


***

…i kiedy słychać słowo „przyszłość” szeleszczące,
wtedy z języka rosyjskiego pędzi
chmara myszy, by ogryźć ten łakomy kąsek:
dziurawy ser pamięci.
Po tylu zimach jest już obojętne, co
lub kto stoi przy oknie, skryty w kotar cieniu,
i w mózgu się rozlega nie nieziemskie „do”,
lecz tylko szelest, szmer. Â?ycie, któremu –
ponieważ darowanie – patrzeć w pysk się nie da,
obnaża zęby przy każdym ponownym
spotkaniu. I z człowieka zostaje część jego
mowy. Część mowy w ogóle. Część mowy.


***

Nie, nie dostaję bzika: po prostu zmęczyło mnie lato.
Zacznę szukać koszuli w komodzie – i już zmarnowałem niedzielę.
Niechby choć zima raz przyszła i zasypała czubato
to wszystko: miasta, ludzi, a na początek – zieleń.
Nic tylko spać w ubraniu lub czytać nie wiedzieć czemu
od środka cudzą książkę – aż reszta roku, wolno
stąpając jak owczarek, co uciekł niewidomemu,
przekroczy asfalt w miejscu dozwolonym. Wolność
jest wtedy, gdy zapominasz pisowni nazwiska tyrana,
a ślina w ustach smakuje słodziej niż chałwy Persji,
i chociaż mózg skręcony masz jak róg barana,
nic nie kapie ci z oczu niebieskich.

1975-1976
(przekład – Stanisław Barańczak)

[za:http://www.poema.art.pl/site/itm_32405.html]
ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 10 gości